10 kwietnia 2017

Trzy dni w cztery godziny - powrót do prowadzenia po latach.

Jakiś czas temu - no sporo jakiegoś tam czasu bo aż 18 lutego - udało mi się po raz pierwszy od lat, poprowadzić bez komputera sesję RPG. W dodatku odważyłem się to zrobić na co rocznym spędzie. Innymi słowy nawiedziłem RPGDay odbywający się w miejscowym klubie... Tak, dostaniecie krótkie streszczenie sesji....

Jak się domyślacie prowadziłem Arkadię - Ścieżka na razie poszła w odstawkę, ale kto wie co pokaże przyszłość...
Wracając do sesji. Z tego tytułu, że rzecz się działa na swego rodzaju konwencie, skrzyknięta naprędce grupka graczy, co muszę przyznać, była w znacznej swej części przypadkowa. I w sumie dość liczna, choć w sandboxach jak się okazało nie ma to takiego znaczenia.
W skrócie drużynie znalazło się miejsce dla:
  • muzułmańskiego wojownika z toporem przewieszonym przez plecy,
  • ex-pięściarza wagi ciężkiej wyposażonego w laserowy kastet (sprzęt wymyślony ad hoc przez gracza),
  • byłego żołnierza uzbrojonego w karabin laserowy,
  • okaleczonego rockmena ciążącego ku ciemności - wyposażonego w zestaw kameleona,
  • oraz młodej łowczyni posługującej się uprzężą telepatyczną i wytrenowanym raptorem (dienonychem).
Już z powyższego wyliczenia widać błędy jakie popełniłem. A pierwszym, tym najcięższym, było przepakowanie drużyny, kolejne były mniej istotne i wiązały się raczej z długim okresem niegrania. Ze strony graczy okazało się że zupełnie nie kojarzyli albo mylnie kojarzyli piaskownicę, która w rozumieniu niektórych maiła być odmianą gry strategicznej. Dużo też czasu straciłem na tłumaczenie zarysu świata i tworzenie postaci. W przyszłości będę musiał ubrać wyposażenie (broń i ekwipunek) w zgrabną tabelę - może ekran. W końcu udało mi się ogarnąć ten przypadkowy tłumek i rozpoczęliśmy sesję.

Dzień 1
Nasza przygoda rozpoczęła się tuż za palisadą osady wczesnym rankiem, gdzie grupa ochotników zebrała się, by ruszyć tropem porywacza córki miejscowego medyka. Ślady prowadziły na południowy zachód w głąb rozciągającej się przed oczami bohaterów sawanny.

Przyznaję trochę celowo wykorzystałem rzut na plotki celem dania impulsu graczom nie obytym z sandboxem.

Po krótkiej przepychance między "ochotnikami" Ciemność wyłoniła przywódcę grupy, którym okazał się nie kto inny jak "znawca muzyki ciężkiej". Reszta grupy chcąc nie chcąc zmuszona była ruszyć we wskazanym przez niego kierunku. Nie obyło się przy tym bez słownych pogróżek, nie mniej skuteczności nie mogli mu odmówić.

Nie jako przy okazji aby jeszcze mocniej "popchnąć" grupę po raz pierwszy użyłem będącej dopiero w fazie prototypu tabele abstraktów. Wynik wskazał również na działanie Ciemności, która tym razem objawiła się w osobie gadającego od rzeczy miejscowego naukowca. Co prawda nasz heavymetalowiec wyczuł konkurencje, ale wiedza ta nie przeszkodziła mu pokierować drużyny w żądanym przez ze mnie kierunku.

Ponure nastroje jednak nie trwały długo gdyż już kilkaset
(kilkanaście/kilaka?! - po tak długim okresie abstynencji erpegowej miałem problemy z właściwym uchwyceniem przestrzeni

drużyna dostała się pod niecelny ogień prowadzony przez połyskującą w słońcu postać. Strzelec wyraźnie miał tzw. "zły dzień", gdyż mimo co jakiś czas prowadzonego ostrzału, ex-pięściarz pozostając wciąż pod wpływem Ciemności, w paru susach dopadł niedoszłego snajpera i wpakował mu swój żarzący się kastet prosto w przezroczystą osłonę głowy. Skutkiem czego zły dzień ex-napastnika zamienił się szybko w jego ostatni dzień.  Majątek zabłąkanego klona stał się przedmiotem dociekań zebranej nad ciałem grupy. Oczywiście nie przyjrzeli się jego broni, choć kule budziły pewne zainteresowanie. Za to uszkodzony pancerz stał się od razu własnością pięściarza.

Po niewczasie przypomniałem sobie, co prawda o tym że sprzęt klona nie powinien działać tak daleko od Jaja, ale bo to jedno Jajo w okolicy...

Mniej więcej w trakcie albo tuż przed potyczką ze strzelcem, drużynowa łowczyni nawiązała kontakt ze swoim dienonychem, którego wyczulone zmysły bardzo pomogły w znalezieniu "właściwego kierunku (rzut na różę wiatru). Mniej więcej koło południa nasza grupa dotarła do granicy tropikalnego lasu. Od tego momentu prowadzona przez łowczynię drużyna zaczęła mieć pod górkę - i to dosłownie. W połowie drogi do szczytu wzgórza "pupilek" żeńskiego personelu się spłoszył i po niejakim czasie do uszu wycieczki zaczął docierać ryk głodnego drapieżnika prztykany trzaskiem łamanych gałęzi. Większość grupy zareagowała prawidłowo - zaczęła uciekać - jedynie wyznawca koranu chwycił mocniej stylisko topora i gdy z pomiędzy listowia wychylną łeb tyranozaura zaszarżował w kierunku bestii. Walka trwała dość krótko, topornikowi udało się wspiąć na grzbiet potwora i zadać mu śmiertelny cios, ale ten nim skonał uchwycił oprawcę zębami i przegryzł noszony przez niego pancerz. Tak to topór znalazł nowego właściciela (pięściarza).

Noc 1
Zmierzch zastał bohaterów kilkanaście metrów za szczytem w płytkiej dolince. Dzięki "pupilowi" jedzenie i woda nie stanowiły problemu - gorzej z ogniem. W końcu dzięki laserowemu karabinowi zapłonęło ognisko (pal?). Zaraz też z pomiędzy krzaków wyjrzał, podążający śladem drużyny, brat topornika (bliźniak - właściciel piekielnie ostrej katany ;)). Ale na tym odwiedziny się nie skończyły.

Postanowiłem skorzystać z okazji i jeszcze raz rzuciłem (się) na table spotkań - wypadł przebudzony klon. Kolejny rzut na płeć - kobieta :D.

Miało to miejsce w czasie warty naszego pięściarza, który jak pamiętacie przywłaszczył sobie pancerz zdezelowanego (poznanego wcześniej)  klona. Siedziało sobie właśnie chłopisko przodem do ogniska, gdy wyczuł/usłyszał nagle że coś/ktoś rzuca w niego kamykami (bo to małe kamienie były).
Jak się okazało zabłąkany klon rodzaju żeńskiego wziął drużynowego Andrew, sugerując się odzieniem, za jednego ze swoich. Dziewczyna wyraźnie spodobała się naszemu siłaczowi, tak że zagubioną przygarnął pod swoją opiekę, nadając jej wdzięczne imię (nomen - omen) Andy. Reszta nocy minęła spokojnie.

Dzień 2
Wraz z nastaniem świtu uzgodniono, że trzeba pójść sprawdzić lądownik nowo poznanej koleżanki - wedle jej opisu znajdujący się dość niedaleko na południowy wschód od obozowiska. Porządek marszu taki sam jak dnia poprzedniego, czyli na przodzie "pupilek" a na końcu pięściarz, tym razem w żeńskim towarzystwie. Po około godzinie (dwóch) przedzierania się przez dżunglę nasi bohaterowie odnaleźli kolejną połać trawy, z której środka wyrastała wyraźnie widziana "kopula" zagrzebanego w leju jaja. Nim jednak dane było drużynie poznać wygody rodem z krążownika, pozostająca wciąż "online" łowczyni zaczęła błagać towarzyszy o pomoc dla jej jaszczura. Kilkanaście metrów z przodu jej dwónożny gad spotkał bowiem dwoje przedstawicieli swojego gatunku, nie pałających do niego miłością (zdecydowanie chodziło o zapach). Scena jak z JurassicPark - trzy obchodzące się raptory. Na ratunek za ras ruszył Andrew wraz ze swym uposażonym w laser kumplem. Jeden cios jeden strzał i było po sprawie. Tymczasem reszta grupy prowadzona przez nową koleżankę dotarła do jaja. Tam w świetle dawno niewidzianych świetlówek znaleźli się w kolistym pomieszczeniu, w którego centrum zajmował duży zbiornik wypełniony bioplazmą w której szamotała się z kolei rudowłosa dziewczyna. Owo dziewcze młode jak się okazało było właśnie poszukiwaną przez bohaterów córką medyka.

Mniej więcej w tym czasie gracz prowadzący pięściarza musiał nas opuścić (obowiązki domowe).

Po krótkich negocjacjach Andy zgodziła się wymienić dziewuchę na Andrew, który zajęty był skórowaniem pobitych gadów. Po tej tranzycji drużyna powlokła się na zad do obozowiska. Minęła je godzinę przed świtem szybkim tempem kierując się ku osadzie.

Noc 2
Drużyna ustami rockmana postanowiła spędzić ją w drodze. Przedzierając się przez dżungle porastającą znane im już wcześniej wzgórze zauważają ogień.

Rzut na tabeli spotkań.

Początkowo postanawiają nawet ominąć źródło światła szerokim łukiem, ale Rockman decyduje się w końcu użyć swojego gadżetu (tj. zestawu kameleona) i sprawdzić co tam w trawie piszczy. Jak się okazuje przy truchle ubitego z takim poświęceniem tyranozaura obozuje grupa Zwergów wraz z trzema niewolnicami. Rockmen jednak nie ograniczył się tylko do obserwacji. Zaciukał jednego/dwóch stworów czym zaalarmował resztę. Gdy powrócił do drużyny ta zdecydowała się ratować "księżniczki" z opresji - jak że szlachetnie. Tymczasem Zwergii szybko zreorganizowały się i wysłałem tropem niewidzialnego łowcy grupę pościgową - wyniuchały go. Doszło do dość dramatycznej bójki w trakcie której życie poświecił "pupilek" łowczyni a ona sama mimo, że korzystała ze sprzętu rockmena, straciła przytomność.

Gracz prowadzący brata topornika postanowił się ulotnić - kolejny muzułmanin zaginął w akcji.

Nie mniej stwory rozstały się z rzyciem - tfu z życiem - a "księżniczki" odzyskały wolność. Jak się okazało (sam byłem zdziwiony wynikami rzutów) należały one do tego wymierającego w Arkadii gatunku nie przebudzonych Amazonek. Zresztą dość szybko odkrywszy ich tożsamość męska część drużyny postanowiła spędzić resztę nocy na popasie ;) Przy okazji nasz metaliczny bard postanowił przeszukać ciała Zwergów i odnalazł dziwnie wyglądający miecz (ja twierdzę, że to kostki tak chciały - Wy możecie myśleć inaczej).

Dzień 3
Bardzo krótki i w sumie nudny dzień ;)
Łowczyni miała szczęście, że się w ogóle obudziła.
O świcie wkroczywszy, na znajdujące się nieopodal osady, sawannę drużyna wraz z czteroma kobietami (córka medyka plus 3 amazonki) narzuciła sobie zdwojone tempo już przed południem znajdując się u bram wioski.Radość ojca z odzyskania córki bezcenna a opieka medyczna bezpłatna. W międzyczasie nasz gwiazda rocka zaczęła gadać do siebie - nawiązała dialog z Ciemnością zaklętą w mieczu. Prócz tego na miejscu grupa dowiedziała się o samobójstwie miejscowego inżyniera (kolejny rzut w tabeli abstraktów). Przeszukiwanie warsztatu nic nie dało - miejscowi byli szybsi. Nie zrażając się tym zanadto przyjaciele wzięli na spytki amazonki, które wskazały im mniej więcej położenie przydzielonych im sektorów pracy - daleko na zachodzie.
W tym miejscu przerwaliśmy sesję. Znaczy się ja przerwałem gdyż mój urlop od rodzinnych obowiązków właśnie dobiegł końca.

Podsumowanie
Mimo początkowych problemów z wejściem w rolę, prowadziło mi się bardzo dobrze. Nie wiem czy znajdę ochotę prowadzić coś jeszcze poza piaskownicą. Testując tabele abstraktów, zmuszony byłem zmienić trochę jej układ graficzny, aby polepszyć jej ergonomię. Co bez odejścia od idei kostki 66 dużo w sumie nie dało. Na przyszłość muszę: spreparować tabele broni i ekwipunku - podręcznik jako lista zakupów się nie sprawdza; więcej uwagi poświęcić na utrwalenie zasad systemu i większą uwagę przykładać do fizjologii postaci - woda, żywność, ciepło itp. rzeczy warunkujące przetrwanie. No i koronny wniosek: nie dopakowywać graczy!

Wrażenia graczy bardzo pozytywne. Nawet tych którzy musieli odejść w trakcie.
Ogólnie mogę z czystym sumieniem napisać, że granie w piaskownicy przypomina jedzenie za małego tortu - wszystkim smakuje tylko jest go mało (w sensie czasu mało).

Brak komentarzy: